Reklama

Reklama

Beata Gil: strach zajrzał nam w oczy

Opublikowano:
Autor: | Zdjęcie: UM Ząbkowice Śl.

Beata Gil: strach zajrzał nam w oczy - Zdjęcie główne

Jak mówi Beata Gil, Szansą dla nas są szczepienia | foto UM Ząbkowice Śl.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wywiady To strach był wyznacznikiem ostatniego roku. Bali się zarówno ratownicy jeżdżący w karetkach jak i pacjenci, do których przyjeżdżali, a tych z kolei obawiali się sąsiedzi. W tle zaś rozgrywały się ludzkie tragedie i dramaty. Jaki to był rok? Pytamy o to Beatę Gil, dyrektor ząbkowickiego pogotowia ratunkowego w Ząbkowicach.

Reklama

Mamy "rocznicę". 4 marca ubiegłego roku w Polsce wykryto pierwszy przypadek koronawirusa. Jak ten rok ocenia dyrektor Pogotowia Ratunkowego w Ząbkowicach?

Dla nas wszystko zaczęło się chyba wcześniej. Pomimo, że dopiero 4 marca rozpoznano pierwszy oficjalny przypadek covid-19 w Polsce, to my już w lutym zauważyliśmy dużą liczbę stanów gorączkowych i innych dziwnych przeziębień, które wówczas były dla nas grypą. Podejrzewam, że to już mógł być covid. Te choroby, które mieliśmy w lutym były bardzo dziwne. Mija rok i za tą "rocznicą" kryją się tragedie ludzkie, choroby, powikłania i zgony osób najbliższych.

 

Jak wyglądały pierwsze "covidowe" zakupy i pierwsze dni ratowników w kombinezonach?

Zdobywanie sprzętu na początku tamtego roku to była straszna rzecz. Wiedzieliśmy, że musimy do pacjenta wyjechać ubrani, dbać o siebie, żeby móc komuś pomóc, a sami na początku borykaliśmy się z potrzebą wszystkiego. Czekaliśmy wiele tygodni na dostawę kombinezonów czy czegokolwiek. Ratowaliśmy się tak, że kupowaliśmy co się dało i ubieraliśmy się w to, co mieliśmy, ale personel był zabezpieczony od samego początku.

Pamiętam kiedy po raz pierwszy ratownicy zaczęli ubierać się w kombinezony. Strach i pytania o to: co nas czeka? co to będzie? czy się zarazimy? jak pracować? co robić? To były bardzo ciężkie chwile. Stałam i patrzyłam, jak się ubierają. Kombinezony były, jakie były.

Pierwszych 20 sztuk dostaliśmy z wojewódzkiego, bo my mieliśmy zwykłe, malarskie kombinezony, ale to zawsze było coś. Na jednego kombinezon był za mały, na drugiego za duży. Jeden był tak wielki, że od razu zamek się rozerwał. Personel był zapocony, pojawiały się pytania o to, gdzie się rozbierać, że trzeba zrobić strefy: czysta - brudna. Chyba nikt z nas na to nie był gotowy. Myśleliśmy, że to będą 1-2 osoby, a to się nagle zaczęło... I ta nerwówka, te odczucia, które towarzyszyły wyjazdom do pierwszych pacjentów... Ma gorączkę, czy już się ubierać, czy jeszcze nie...

 

Zapanował chaos, którego nigdy wcześniej nie doświadczyliście?

Borykaliśmy się z problemami takimi, których nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy, które wiązały się z przyjęciami pacjentów, ze szpitalnymi oddziałami ratunkowymi, covidowymi, z transportem covidowym, z chaosem informacyjnym i organizacyjnym. To było kilkadziesiąt telefonów na dobę i praca przez całą dobę. Telefony do sanepidu, kwarantanny, izolacje i jednocześnie nasz personel, który również zaczął chorować. Początek był taki, że osoby dodatnie nie pracowały do chwili, do kiedy nie miały trzech kolejnych testów ujemnych. Wyłączało nam to nieraz pracownika na wiele tygodni. Musieliśmy kupić sprzęt, którego nigdy nie mieliśmy, w postaci zamgławiaczy, ozonatorów. A ironią tego wszystkiego było chyba to, że rok wcześniej wnioskowałam o zakupy do Urzędu Wojewódzkiego, o to co jest potrzebne. Wpisałam wówczas na listę dezynfektory, które zostały odrzucone, bo nie był to sprzęt niezbędny w ratownictwie medycznym... A za pół roku stały się one sprzętem w tym ratownictwie niezbędnym.

 

Pamięta Pani pierwszego pacjenta z koronawirusem?

Pamiętam pierwszego pacjenta, przez którego nasz personel trafił na kwarantannę do czasu oczekiwania na wynik. Był to pacjent, który później został przewieziony do Wrocławia i pamiętam te codzienne telefony z zapytaniem czy już jest wynik. Nasz zespół, który przywiózł pacjenta był izolowany. Przez 7 dni czekaliśmy na wynik, na który wówczas czekało się bardzo długo. Pierwszej nocy od razu nam pierwsza grupa odpadła. Ale na szczęście wynik był ujemny.

 

A jak reagowali mieszkańcy na widok podjeżdżającej karetki i ubranych w kombinezony ratowników?

Ludzie się bali. Mówili nam np.: "proszę nie podjeżdżać, bo jak zobaczą, że przyjeżdżacie do mnie w kombinezonach to mnie wyklną z bloku". Mieszkańcy dzwonili i mówili, że pod danym blokiem była karetka, ratownicy byli w białych kombinezonach, było takie zdjęcie w gazecie, na pewno jest tam ognisko. To było istne szaleństwo...

 

Jak jest dzisiaj?

Dzisiaj inaczej do tego podchodzimy. Jesteśmy po przechorowaniu, zaszczepieniu. Więcej wiemy o tej chorobie, ale z trudem jej doświadczamy. Mamy wśród personelu dwie osoby, które nie wróciły do pracy i tak szybko nie wrócą, a może i wcale, bo pójdą na rentę z powodu tego, co się dzieje w ich organizmie i zmian pocovidowych.

 

Jesteśmy w trzeciej fali pandemii. W powiecie ząbkowickim ona się też rozpędza?

Już ją odczuwamy. Mamy już wyjazdy do Legnicy, Bolesławca, Wałbrzycha na oddziały zakaźne. W naszym ząbkowickim szpitalu brakuje miejsc, bo są tylko łóżka buforowe, więc takie przejściowe, czyli rozpoznać, przygotować do transportu i przetransportować dalej... Nie leczymy pacjenta z covidem. Owszem udzielamy pomocy, zabezpieczamy medycznie, ale pacjent musi zostać przewieziony tu i tu, a nasze łóżka nie mogą być blokowane. Czekamy na uruchomienie szpitala tymczasowego we Wrocławiu. W Legnicy już go uruchomiono. W środę, 3 marca mieliśmy dwóch pacjentów i szukaliśmy dla nich miejsc: Kłodzko, Wałbrzych, Legnica. Karetka 8 godzin kursowała z pacjentem, a druga prawie 9 godzin. Dyspozytorzy znów nie wiedzą gdzie nas wysłać, bo przed chwilą łóżko było tu wolne, a już go nie ma, bo jest zajęte, a blokowanie w ten sposób karetek systemowych to zagrożenie dla innych mieszkańców i pacjentów.

 

Co mówią nasi lekarze - kiedy pandemia się skończy?

Sami nie wiemy. Rozmawiam z lekarzami i z ratownikami. Chyba jednak ta pandemia z nami zostanie dłużej i to widać. Szansą dla nas są szczepienia. W krajach, w których zaszczepiona została duża liczba mieszkańców, wskaźniki zachorowalności spadają. Ale widzimy, że te fale mogą się jednak powtarzać. Może przyjdzie taki moment, że nabierzemy odporności i wirus nie będzie aż tak zaraźliwy i wysoce śmiertelny i wyciszy się jak wszystkie dotychczasowe epidemie. Liczę na to, bo jeżeli co roku mielibyśmy przechodzić takie dwie fale - wiosenną i jesienną, to bez pieniędzy, miejsc, ludzi służba zdrowia długo nie wytrzyma.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy