Reklama

Głównie leczenie, nie śmierć

Janusz Jerzak, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego przy ul. Koszarowej we Wrocławiu | foto Gazeta Ząbkowicka

wywiady Janusz Jerzak, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego przy ul. Koszarowej we Wrocławiu, zdradza Agnieszce Nowak kulisy pracy lekarzy i personelu medycznego.

AN

Opublikowano: 10 maja 2020 13:39 | Aktualizacja: 10 maja 2020 13:39

Wszyscy znaleźliśmy się dziś w sytuacji, którą dotychczas oglądało się tylko na filmach. Mamy epidemię. Czy koronawirus rzeczywiście "wywrócił do góry nogami" pracę Waszych lekarzy, personelu medycznego? Jest aż tak źle?

Koronawirus bardzo zmienił funkcjonowanie naszego szpitala, a co za tym idzie również pracę wszystkich zatrudnionych tutaj ludzi, nie tylko personelu medycznego ale i administracji, poradni czy szpitalnej apteki. Przede wszystkim ze szpitala wielospecjalistycznego z oddziałami internistycznymi, neurologicznym, chirurgicznym czy 10 oddziałami pediatrycznymi staliśmy się szpitalem jednoimiennym czyli tylko zakaźnym. Obecnie na wszystkich naszych 20 oddziałach mamy tylko pacjentów z koronawirusem lub z podejrzeniem tej choroby. Aby jednak do tego doszło musieliśmy się do tego przygotować i to bardzo szybko. Przede wszystkim trzeba było opróżnić szpital z pacjentów innych niż zakaźnych. To wymagało od nas wielkiej logistycznej pracy: musieliśmy wypisać tych pacjentów, których można było puścić do domu, znaleźć miejsce w innym szpitalu tym, którzy musieli być dalej hospitalizowani i dokończyć leczenie tych, którzy byli na końcówce leczenia. To była wielka operacja jakiej do tej pory nie przeprowadzaliśmy na tak duża skalę. Mieliśmy na to bardzo mało czasu, ale udało się.

Szpital we Wrocławiu jest jednym z tych miejsc, w którym jak podają media ogólnopolskie zarażonych koronawirusem jest najwięcej (na Dolnym Śląsku). To u Was ma być to dolnośląskie epicentrum chorych. Ale chyba nie do końca tak powinniśmy na to patrzeć?

Jako szpital jednoimienny faktycznie staliśmy się centrum leczenia wszystkich chorych z koronawirusem oraz pacjentów z podejrzeniem covid-19. Obecnie jednak widać, że formuła szpitali jednoimiennych może była dobra na początku epidemii, ale obecnie się już nie sprawdza. Jako szpital zakaźny i tylko zakaźny nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć pacjentów z innymi poważnymi chorobami np. onkologicznymi, pulmonologicznymi, czy nefrologicznymi, choćby po przeszczepie nerki. Dlatego powinny w pozostałych szpitalach na Dolnym Śląsku powstawać oddziały buforowe, w których będzie się leczyć pacjentów tamtejszych szpitali zakażonych koronawirusem. My nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć wszystkich pacjentów. Jest ich zbyt wielu i mają choroby, których nie jesteśmy w stanie leczyć u nas. 

Gdy wybuchła epidemia z czym musiał zmierzyć się szpital?

To była ogromna zmiana dla wszystkich pracowników, nie tylko personelu medycznego. Musieliśmy m.in. stworzyć izbę przyjęć zakaźną dla pacjentów z podejrzeniem koronawirusa. Mieliśmy wcześniej izbę zakaźną, ale dla pacjentów z covid-19 trzeba było stworzyć miejsce odpowiadające potrzebom pacjentów i personelu. Musiał powstać triaż, czyli miejsce gdzie się selekcjonuje pacjentów na chorych, z podejrzeniem i zdrowych. Trzeba było wytyczyć ścieżki dla różnych grup pacjentów. Miejsce gdzie jedni będą izolowani od drugich.

Ostatecznie okazało się, że mamy za mało miejsca, bo pacjentów przybywało, więc straż pożarna ustawiła nam namioty, abyśmy mogli przyjmować większą liczbę pacjentów. W szczycie było ich ok. 120-140 na dobę. To był trochę projekt kroczący. Tworzyliśmy nowe miejsce na nowe potrzeby i patrzyliśmy co należy poprawić i ulepszyć.

Okazało się, że potrzebujemy na zewnątrz ustawić ławki, na których pacjenci mogliby poczekać, toalety itd. Trzeba też było zorganizować przy izbie radiologię, aby pacjentom z problemami z oddychaniem zrobić zdjęcie rentgenowskie. O ile mieliśmy od zawsze – jako szpital zakaźny – procedury jak postępować z pacjentem wysocezakaźnym, o tyle na tak duża liczbę pacjentów nie byliśmy przygotowani i musieliśmy się szybko zorganizować.

A co ze środkami ochrony osobistej, czyli fartuchami, maseczkami?

Potrzebowaliśmy ich i wciąż potrzebujemy ich bardzo dużo. Przy takiej liczbie pacjentów – mamy ich obecnie w szpitalu ponad 100 – kombinezony, gogle, maski z filtrami, czy jednorazowe rękawiczki idą jak woda – mówiąc kolokwialnie.

Pierwsze miejsce, gdzie te środki są bardzo potrzebne to izba przyjęć. Środki ochrony osobistej, o czym się nie mówi, mają swoją datę ważności i na izbie przyjęć po 4 godzinach pracujący tam lekarze i pielęgniarki muszą zejść, żeby mógł wejść nowy zespół medyczny, w nowych środkach ochrony osobistej. Natomiast na oddziałach trzeba zabezpieczyć nie tylko personel medyczny ale i sanitariuszy czy panie sprzątające więc i tutaj zużycie środków jest duże. Podam przykład: do pacjenta lekko przechodzącego covid-19 trzeba wejść na dobę przynajmniej dwa razy. Do tych cięższych, którym podajemy antybiotyki ok. 6-7 razy na dobę. A mamy jeszcze pacjentów na OIOMIie. Tutaj środki ochrony osobistej schodzą najbardziej, bowiem są to najcięższy pacjenci, pod respiratorami, którzy wymagają stałego monitorowania i częstej reakcji personelu medycznego. 

A szpitalna apteka i laboratorium?

Szpitalna apteka przeżywa prawdziwe oblężenie. Każdego dnia musi nie tylko zabezpieczyć personel medyczny w środki ochrony osobistej, ale i odebrać bardzo wiele różnych transportów: środków odkażających, środków ochrony osobistej, czy lekarstw.

Nasze laboratorium musiało się dostosować do odbierania zakażonego materiału, bowiem kupiliśmy aparaturę do robienia testów na covid-19. Mógłbym tak wymieniać bez końca, bo w każdym miejscu szpitala zaszły ogromne zmiany. Jest jeszcze kadra zarządzająca szpitalem, która w pracy jest na okrągło od dwóch miesięcy. Nawet gdy jesteśmy w domu, to często pracujemy, reagujemy na bieżąco, bo tego wymaga sytuacja. 

Covid19 - śmiertelny wirus, który zabija, czy tak naprawdę wirus, który po prostu utrudnia leczenie chorych z chorobami współistniejącymi i dla nich jest niekoniecznie śmiertelny, ale bardziej niebezpieczny?

Wolimy myśleć i tak działamy, aby covid-19 był wirusem utrudniającym jedynie leczenie pacjentów. Z naszych statystyk jasno wynika, że wciąż mamy więcej pacjentów, których udało się wyleczyć niż tych, których pokonał wirus. 

Ilu pacjentów zakażonych Covid19 leczonych jest we wrocławskim szpitalu im. Gromkowskiego?

Obecnie w szpitalu mamy 24 pacjentów z podejrzeniem covid-19. Z potwierdzonym koronawirusem leczymy obecnie 78, ale sytuacja jest dynamiczna, bowiem wciąż przyjmujemy nowych pacjentów, ale też wypuszczamy do domu tych wyleczonych.

Na oddziale intensywnej opieki medycznej w stanie ciężkim, pod respiratorem, przebywa obecnie 10 pacjentów.

Czym tak naprawdę są leczeni pacjenci?

Mamy swoją terapię, która wydaje się przynosi dobre efekty. W szpitalu leczymy zestawem 32 leków na m.in. hiv, aids, czy malarię. To jednak nie oznacza, że wszystkie te leki podajemy jednemu pacjentowi. Raczej z tego zestawu lekarze dobierają leki właściwe dla danego pacjenta i jego chorób towarzyszących.

Sprowadziliśmy też do szpitala nowy lek remdesivir i wiążemy z nim duże nadzieje, ale za wcześnie, aby mówić o efektach. Do tego nie jestem lekarzem, ale wierzę w umiejętności mojego personelu. Mam tutaj najlepszych zakaźników i nie jest to tylko wiara, bo pierwsze efekty ich działania już są w postaci wyleczonych pacjentów. 

Są jeszcze wolne miejsca w szpitalu? To ważne, bo wszem i wobec podawane są informacje, że w polskich szpitalach brakuje miejsc.

Są wolne miejsca, ale wkrótce ich zabraknie, jeśli w innych szpitalach nie powstaną oddziały buforowe dla pacjentów tamtejszych szpitali ze stwierdzonym covid-19. 

Ile osób do tej pory udało się Wam wyleczyć?

Bardzo wielu pacjentów udało się nam wyleczyć. Niemal każdego dnia wychodzi przynajmniej jeden zdrowy pacjent. Czasami jest ich kilku.

Przedział wiekowy też jest bardzo różny. Zdrowieją młodzi, w średnim wieku, z chorobami towarzyszącymi, ale i seniorzy. W ubiegłym tygodniu szpital opuściła 96-letnia pacjentka. To nasz najstarszy pacjent, który miał koronawirusa. Ale po 12 dniach udało się ją wyleczyć i wypuścić zdrową do domu. Pani była nie tylko z grupy ryzyka ze względu na wiek, ale i miała choroby towarzyszące. A mimo to zareagowała dobrze na nasze leczenie i mogła wrócić do domu. Kilka dni wcześniej wypuściliśmy zdrową 90-latkę. Tak wiec, to nie przypadek tylko efekt leczenia. 

I na koniec. Wasz największy sukces - wyleczona pacjentka w wieku 96 lat. Możemy zatem powiedzieć, że nie dla każdego koronawirus = śmierć? 

Zdecydowanie możemy powiedzieć, że dla nas koronawirus równa się przede wszystkim leczenie. Czasami ciężkie, skomplikowane i długotrwałe, ale jednak leczenie, które zmierza częściej do wyzdrowienia niż śmierci. I tego będziemy się trzymać.


Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.